30.07.2018

Wczoraj dzień zaczął się bardzo ponuro, nie pomógł nawet spacer i jazda busem, ale ból psychiczny udało mi się złagodzić kawą i tabletkami. Wieczór był w porządku, czułam moc.

Ranki są złe.

W pracy wygląda na to, że zostaję na razie w swoim dziale, co mnie bardzo cieszy. Tu mi się podoba. Szefostwo miłe. Trochę się obgadują, mnie pewnie też, trudno. Nawet nie martwi mnie to szczególnie.

Wieczory sa lepsze.

W sobotę mają przyjechać mama i tata. Radość. Czekam.

Reklamy

2.07.2018

Lipiec. Wiecie, co kiedyś oznaczał lipiec? WAKACJE! A teraz? Teraz nie oznacza nic.

Moze jedynie sezon urlopowy.

Dzisiaj był wyjątkowo parszywy dzień. Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że w weekend byłam u rodziców, a powroty stamtąd zawsze są złe? Nie chciało mi się wstawać, iść do pracy, pracować. Zamulałam. Trochę jadłam. Piłam hektolitry kawy.

Byle jak.

Piję piwo. Może przed pracą nie powinnam, jutro na siódmą rano muszę być w kadrach. Ale po piwie mniej się pamięta ze Zła.

Zło. Źli. Źle. Ohyda, fuj.
Mamo, przyjedź, uratuj córkę.

Kto mnie uratuje?

31.05.2018

Raz dwa trzy, wygrywasz Ty!
Dzisiaj wygrałam ja. Piękny, wolny dzień bez korpo. Jutro – piękny, wolny dzień bez korpo. Potem – piękny, wolny dzień bez korpo razy dwa. Długi weekend.
Słońce praży, sklepy dziś były zamknięte, więc tłumy ludzi zalały stare miasto. Byłam tam i ja. Wypiłam sobie nawet dwie kawy.
Chętnie bym poleżała na plaży, takiej spokojnej i cichej. Niemożliwe.
Najchętniej jeżdżę autobusami. Tramwajami też. Chodzę. Jest dobrze, bardzo dobrze. Czyżby czekała mnie za to kara?

3.05.2018

Była burza. W nocy ciężko ze snem, to przynajmniej obejrzałam piękne pioruny.

Teraz ma być ciepło. Ciepło, słońce i plus trzydzieści. I ładne dziewczyny w letnich sukienkach! (Nie ja)

Jutro do pracy, ech. Ale i tak nieźle, fajne miejsce.

W Radio Gdańsk weszła poezja śpiewana, jakiś wieczór dziś? Leci zamiast pop-u dziś. A i czytam poezję ostatnio. Taka pogoda, spacery po mieście, podróże sprzyjają czytaniu i rozmyślaniu.

Uspokaja, świat mnie uspokaja.

21.02.2018

Byłam a wsi u babci. Ona dziergała na drutach, oglądała seriale i gadała o codzienności, ja siedziałam w internecie i gadałam o codzienności. Co pogadałyśmy to nasze. Nawet słuchałyśmy naszego gadania nawzajem.

Luty  w pracy był ok, marzec zapowiada się marnie. Ciężka rotacja i dużo nocek. Fuj.

Ale za to mam delegację małą do Warszawy. Może kupię jakieś fajne żarcie.

Byłam u ginekologa i ogądałam w USG moją macicę. Fun, fun, fun. Nic złego nie ma. Nie byłam trzy lata już, trochę przypał, ale teraz będzie regularnie.

18.04.2017

Wczoraj było wolne niby, ludzie spali w domach, trawili jajka i żurek. Jadąc do pracy żaliliśmy się sobie taksówkarzowi. My wolne krótsze. Poniedziałek jak jkażdy inny.

Show must go on, korpo must go on.\

Dziś wtorek, już mniej smutny dzień, na ulicach ludzie, jadą autobusami zupełnie jak ja. I ja zupełnie jak oni…

Święta samotnie spędzone, sama sama sama, tylko znajomych z pracy widziałam. Oni też smutni. Dzis przez chwilę widziałam się z mamą i bratem. Przyjechali mnie odwiedzić, opowiedzieć o świętach wśród krewnych.

Babcia chce się ze mną widzieć, chce, żebym odwiedziła. Ona akceptujer, pociesza.

17.02.2013

Skopiowane z telefonu, bo nie miałam internetu przez tydzień:

14-02-2013 czw 2:40

Piszę z domu rodziców, zamknięta tu, na odludziu prawie, siedzę teraz sama. Wszyscy śpią, gdy ja czuwam, nasłuchuję kroków, dźwięków. Boję się. Za oknem ciemność czeluść lasu, woła mnie, bo wie, że boję się otworzyć oczy.

Założyli mi lampkę przy łózku, jak nie daję już rady, mogę zapalić. A o czwartej rano zapalają się latarnie. Tylko ciemne, gorsze niż mam w Gdańsku, w studenckim mieszkaniu. Za oknem.

Nikogo nie ma, chodzą do pracy, szkoły, normalnie. Zwyczajnie.

W dzień mi tu dobrze, samej, nikogo w okolicy, cisza pusty dom. Wypuszcam kota, więc i jego nie ma, chociaż co jakiś czas wraca. Przychodzi inny kot, przybłęda. Z osiedla. On mnie lubi, wie że go karmię. Koty są prostsze niż ludzie. Nie mówią, nie wiedzą, co myślę, bo ich to nie obchodzi, nie chcą oszukać, okraść. Chcą tylko jeść i mieszkać. Tak jak ja.

Podrapałam wczoraj ze złości swoje ręce. Mam teraz czerwone szramy pod rękawami. Czoło też, choć schowałam pod włosami. Rodzice myślą, że to kot. Lubię koty, z nimi jest prościej. Moje ciało chce zostać w tym złudzonym świecie z zewnątrz, nie chce mnie słuchać. Soczewka kontaktowa nie chciała zejść, poczułam, że robi to specjalnie. Ze chce, bym się oślepiła, zniszczyła oko. Nienawidzi mnie. Soczewki nie nienawidzą, wiem. Nie jestem wariatką.

Dlatego podrapałam czoło. Wyrwałam kępkę włosów, a ciało dalej nie chciało słuchać. Soczewka tkwiła. Zrobiłam szramy na rękach aż ciekły łzy, przez chwilę nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, bałam się siebie i tego, czego chce socxewka, ale ręce wystarczyły. Uspokoiłam się. Zdjęłam. Boję się założyć ją kolejny raz. Że ona nie odpuści, aż mnie nie zniszczy. Bez oczu nie mogę skończyc studiów, pracować. Będę żyć w pustym domu, w ciemności, bać się. Całe życie w strachu przed ciemnością, w oczkiwaniu na świt, którego nie będzie. Nie wytrzymałabym tego.

Demony tego świata chcę mnie zatrzymać, gdy mój świat jest taki piękny, prosty, wystarczą przelotni ludzie na tu i teraz, nie trzeba niczego skomplikowanego. Obojętne mi. W moim świecie nic nie zmusza mnie do wyborów, gdy mi obojętnie. Dziewczyny śmieją się, że mam wyjebane, a co  to za różnica.Ważne moje życie tu i teraz. Egzaminy zdane.