18.04.2017

Wczoraj było wolne niby, ludzie spali w domach, trawili jajka i żurek. Jadąc do pracy żaliliśmy się sobie taksówkarzowi. My wolne krótsze. Poniedziałek jak jkażdy inny.

Show must go on, korpo must go on.\

Dziś wtorek, już mniej smutny dzień, na ulicach ludzie, jadą autobusami zupełnie jak ja. I ja zupełnie jak oni…

Święta samotnie spędzone, sama sama sama, tylko znajomych z pracy widziałam. Oni też smutni. Dzis przez chwilę widziałam się z mamą i bratem. Przyjechali mnie odwiedzić, opowiedzieć o świętach wśród krewnych.

Babcia chce się ze mną widzieć, chce, żebym odwiedziła. Ona akceptujer, pociesza.

17.02.2013

Skopiowane z telefonu, bo nie miałam internetu przez tydzień:

14-02-2013 czw 2:40

Piszę z domu rodziców, zamknięta tu, na odludziu prawie, siedzę teraz sama. Wszyscy śpią, gdy ja czuwam, nasłuchuję kroków, dźwięków. Boję się. Za oknem ciemność czeluść lasu, woła mnie, bo wie, że boję się otworzyć oczy.

Założyli mi lampkę przy łózku, jak nie daję już rady, mogę zapalić. A o czwartej rano zapalają się latarnie. Tylko ciemne, gorsze niż mam w Gdańsku, w studenckim mieszkaniu. Za oknem.

Nikogo nie ma, chodzą do pracy, szkoły, normalnie. Zwyczajnie.

W dzień mi tu dobrze, samej, nikogo w okolicy, cisza pusty dom. Wypuszcam kota, więc i jego nie ma, chociaż co jakiś czas wraca. Przychodzi inny kot, przybłęda. Z osiedla. On mnie lubi, wie że go karmię. Koty są prostsze niż ludzie. Nie mówią, nie wiedzą, co myślę, bo ich to nie obchodzi, nie chcą oszukać, okraść. Chcą tylko jeść i mieszkać. Tak jak ja.

Podrapałam wczoraj ze złości swoje ręce. Mam teraz czerwone szramy pod rękawami. Czoło też, choć schowałam pod włosami. Rodzice myślą, że to kot. Lubię koty, z nimi jest prościej. Moje ciało chce zostać w tym złudzonym świecie z zewnątrz, nie chce mnie słuchać. Soczewka kontaktowa nie chciała zejść, poczułam, że robi to specjalnie. Ze chce, bym się oślepiła, zniszczyła oko. Nienawidzi mnie. Soczewki nie nienawidzą, wiem. Nie jestem wariatką.

Dlatego podrapałam czoło. Wyrwałam kępkę włosów, a ciało dalej nie chciało słuchać. Soczewka tkwiła. Zrobiłam szramy na rękach aż ciekły łzy, przez chwilę nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, bałam się siebie i tego, czego chce socxewka, ale ręce wystarczyły. Uspokoiłam się. Zdjęłam. Boję się założyć ją kolejny raz. Że ona nie odpuści, aż mnie nie zniszczy. Bez oczu nie mogę skończyc studiów, pracować. Będę żyć w pustym domu, w ciemności, bać się. Całe życie w strachu przed ciemnością, w oczkiwaniu na świt, którego nie będzie. Nie wytrzymałabym tego.

Demony tego świata chcę mnie zatrzymać, gdy mój świat jest taki piękny, prosty, wystarczą przelotni ludzie na tu i teraz, nie trzeba niczego skomplikowanego. Obojętne mi. W moim świecie nic nie zmusza mnie do wyborów, gdy mi obojętnie. Dziewczyny śmieją się, że mam wyjebane, a co  to za różnica.Ważne moje życie tu i teraz. Egzaminy zdane.

19.01.2013

Lepiej, lepiej, lepiej.

Coraz lepiej się kontroluję, ten wewnętrzny głos nie ma prawa tworzyć tego złego napięcia, trzymam się świata.

Wszyscy wyjechali, i współlokatorka, i chłopak, i reszta, siedzę sama w domu i mi dobrze. W tej ciszy coraz częściej zdarza mi się na sekundę przeniknąć do mojego drugiego świata, przez sekundę patrzę, wiem gdzie, wiem, na co, a widzę jakby obcy obraz, jakby trójwymiarowy film o moim pokoju, o mojej ulicy. To dziwne, ciekawe. Tworzę swoje własne miejsce.

I nawet noc nie jest jak zwykle straszna, mogę nie spać, zapalić światła i się nie bać, tylko przed samym snem zamknąć oczy, by nie widzieć cieni, a rano obudzić się po południu, w pełnym świetle, gdy tych, co chowają się za mleczną szybą już nie ma.

W tym drugim świecie nie ma demonów, może. Zamknąć się w nim i żyć w świetle.

12.01.2013

Dziś jest tak pięknie! Wszędzie biało, chodziłam po zasypanym śniegiem parku, nawet wewnętrzny świat, w którym jestem, gdy siedzę w pokoju, stał się biały. Brnęłam sobie przez zaspy, w błogiej ciszy i bezludności, bo ludzie boją się zimy i śniegu. A ja kocham zimę, bo nie muszę bać się ludzi.

Tylko współlokatorka ciągle przyprowadza chłopaka do domu, czuję się niepewnie. Nie mogę siedzieć w kuchni, gdyż oni się tam kręcą. Nie mogę chodzić po pokoju, bo widzą mnie przez szybę w drzwiach. Siedzę na łóżku w kącie, tam nie dociera mrok korytarza z ich wzrokiem.

A na zewnątrz cisza i śnieg, białe drzewa i szczęśliwa postać, skryta w zamieci, mogąca wreszcie zakryć twarz czapką i iść przed siebie – ja.

Wczoraj pisałam. Siedząc na uczelni, gdzie wszyscy biegają i nikt nie ma czasu siedzieć przy stoliku i gadać, można więc spokojnie zaszyć się w lepszym świecie i opisać go dla tych, których w nim nie ma. Tylko krajobraz był inny, smutny, wiosenny, więc mokry, z zatęchłym zapachem zgniłych już jesiennych liści.

9.01.2013

Blogów jest wiele, setki, tysiące, miliony. Całe morze blogów, można by powiedzieć, a mój jeden. Nikt go nie znajdzie, nie przeczyta, chyba że przypadkiem. Ale zostawię po sobie ślad, rysę, małe, ale istniejące zadrapanie w tej dziwnej grze w świat. Muszę pisać, słowa mnie rozsadzają, we mnie dzieje się więcej niż poza mną. Żyję w internecie, tu czytają wszyscy, więc nikt. Nie muszę się tłumaczyć.

Internet jest jak świat – świat jak internet. Gra. Czuję się jak człowiek w zaprogramowanej przestrzeni, którą ktoś napisał i wsadził mnie w nią, a ja mam tu żyć. Mój byt istnieje, osobno. Chodzę, spaceruję powoli, a wszystko przesuwa się przy mnie, nie zaś ja przez wszystko. Po śniegu migają mi kształty samochodów, ludzie bez twarzy, zamazani, chociaż egzystujący jak każda inna plama tych zaprogramowanych barw.

Wszystko dookoła niby zmienia się, płynie – a jednak! To jest ustatycznione, dzieje się, a ja czuję, że mogę wyjść, gdybym znalazła wyjście, mogę zrobić wszystko, gdybym znalazła sposób.

W domu jestem sama, dźwięki zza ścian, głosy sąsiadów są stłumione, nieistniejące jakby, a teraz cały świat jest taki. Widzę, że jestem ja i poza mną.

A ja siedzę na zajęciach, wszystko się zamazuje i widzę las, jesienny, szary, w nim dom. Cisza, szum drzew. Dom. Nie zamykam oczu, i tak nie zasnę, jak chcę, to poczuję wiatr, mokry, ziemisty zapach lasu wczesną wiosną. Inni widzą tylko starą, brzydką, nudną salę.

Gdy idę żwirową ścieżką przez ogród, nad moją głową zwieszają się martwe gałęzie, dom wiruje wśród suchych pni, nie ma nikogo ze mną. Jestem w swojej grze, w bonusowej rundzie. Nikt nie przeszkadza, nie ustawia dróg na mojej drodze, bym nie mogła przejść bez zielonego światła. Gram w pełnym wymiarze. Nikt nie mówi, słyszę tylko wiatr i swoje myśli. Chcę pisać, ale brakuje ładnych słów, chcę opowiedzieć, ale nikt nie słucha. Jak już powiem – wypominają, nie chcą zrozumieć, przekłamują moje słowa, zniekształcają. Inni są w zewnętrznej grze. A wszystkiego nie mogę powiedzieć, nie pokażę całości, bo jak wpuszczę ich do lasu – to ukradną go, opiszą słowami, których ja nie znajduję i sprzedadzą za bezcen. A ja zostanę w tej dużej grze świata sama, od początku.

To mój las.

Pewna zimowa melancholia, chcę pisać, a myśli biegną, chcą już tam być, a trzeba usiąść z długopisem, klawiaturą i pisać. Patrzę sobie na las i już tam jestem, wtedy za późno, nie mogę się ruszyć, gra się zatrzymuje. I trzeba pisać wszystko naraz, potem, z pamięci, a do pamięci próbują wedrzeć się demony tamtego świata, zewnętrznego. I niszczą.

Piszę tutaj, bo mam siłę, pokażę, że jestem i w tym świecie, chociaż tamten jest prawdziwszy, mój. Bez krzyczących twarzy, cieni skrytych w głębi czerni za oknem, w najdalszym kącie, tam zawsze jest dzień.

Nie bój się, to tylko noc – pojawiło się w mojej głowie. Ale to ten świat tak każe, w moim nie ma ludzi, a bez ludzi nie ma strachu.

Koniec pierwszego wpisu