6.02.2013

Ze wszystkich żarówek pozostała jedna. Jedna się świeci. Reszta wie, że zostałam sama. Na długo, długo sama, na całe dni, gdy mam ciszę, spokój, gdy siedzę w domu sama i nie boję się innych i na noce. W czasie ich nie mogę spać, cienie wiszą nad zamkniętymi powiekami, które nie potrafią się otworzyć. Kroki na klatce, szepty sąsiadów, a może to bliżej, może to cienie. Nie wiem. Nie chcę.

Czekam świtu przy ostatniej żarówce. Nikogo w domu.

A na zewnątrz trzeba czasem iść, do sklepu, po coś. I znów widzę ten dziwny świat, który odkleja się z wolna ode mnie. Przez parę sekund mnie w nim nie ma, istnieje tylko mój cień. Nikt nic nie chce, nikt się nie odzywa, tylko do kasjerki szepnę dzień dobry, ledwo z krtani.

Gdy patrzą się na mnie, to znikam, odłączam się od świata, niech patrzą, niech widzą tę skorupkę, która istnieje na zewnątrz. Oni nie widzą myśli, nie przedrą się.

Znowu spadł śnieg.

A ja czekam świtu. Cienie są pod drzwiami pokoju, skrobną coś, jękną deską podłogi, ale tu jest jasno, świeci ostatnia żarówka, świeci komputer. Nie wpuszczę ich.